Polski rząd chciał pokazać siebie jako lidera praworządności, ale Unia Europejska nie dała się nabrać.

Podziel się artykułem:

W niedzielnych wyborach prezydenckich zwyciężył obecny szef państwa Alaksandr Łukaszenka uzyskując, według różnych badań, od 71 do 79 procent poparcia. O poranku białoruska komisja wyborcza podała, że obecny prezydent uzyskał równo 80 procent poparcia. Opozycyjna kandydatka Swiatłana Cichanouska zdobyła 9,9 procent głosów.

Wtedy do akcji wkroczyli polscy urzędnicy. Pisowski premier Mateusz Morawiecki apelował o zwołanie nadzwyczajnego posiedzenia ministrów spraw zagranicznych oraz nadzwyczajnego szczytu UE.

Telefony z Warszawy i od polskich dyplomatów w Brukseli w sprawie zorganizowania nadzwyczajnego szczytu UE, czy nadzwyczajnego posiedzenia szefów dyplomacji UE  wzbudziły ironiczne uwagi.

W Polsce brutalna akcja przeciwko osobom LGBT, a w Brukseli obrona pobitych białoruskich manifestantów

powiedział w rozmowie z RMF FM jeden z rozmówców i dodał, że gdy polski premier telefonował do Brukseli, to niektórzy urzędnicy „gotowali się ze wzburzenia„.

Nie spodobało się to, że polskie władze, które same nie przestrzegają zasad praworządności chcą nadawać ton wśród obrońców demokracji na Białorusi. To słaba pozycja.

powiedział inny rozmówca.

Źródło: RMF.FM

Zapisz się do newslettera i bądź na bieżąco!

Jeśli zapiszesz się do newslettera nasz wydawca podeśle Ci najciekawsze newsy dnia. Obiecujemy, że nie będziemy spamować i w każdej chwili możesz zrezygnować

Zostaw komentarz
Podziel się artykułem:

Leave a Reply